Lalka — Bolesław Prus
Lalka BOLESŁAW PRU S. Skan zawiera grafikę. LALKA POWIEŚĆ W TRZECH TOMACH. Z portretem Autora. WARSZAWA. NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFF A. 1890. Дозволено Цензурою. Варшава, 18 Априля 1889 года. KRAKÓW. — DRUK WŁ. L. ANCZYCA I SPÓŁKI, pod zarządem J. Gadowskiego. Pozycja spisu dodana przez zespół Wikiźródeł. Tekst jest własnością publiczną ( public domain ). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki. Tom I. BOLESŁAW PRU S. LALKA POWIEŚĆ W TRZECH TOMACH. Z portretem Autora. WARSZAWA. NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFF A. 1890. Дозволено Цензурою. Варшава, 18 Априля 1889 года. KRAKÓW. — DRUK WŁ. L. ANCZYCA I SPÓŁKI, pod zarządem J. Gadowskiego. SPIS RZECZ Y. Tom I. Strona. I. Jak wygląda firma J. Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek? 1 II. Rządy starego subjekta 8 III. Pamiętnik starego subjekta 21 IV. Powrót 43 V. Demokratyzacya pana i marzenia panny z towarzystwa 60 VI. W jaki sposób nowi ludzie ukazują się nad staremi horyzontami 84 VII. Gołąb wychodzi na spotkanie węża 114 VIII. Medytacye 128 IX. Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów 164 X. Pamiętnik starego subiekta 214 XI. Stare marzenia i nowe znajomości 282 XII. Wędrówki za cudzemi interesami 328 XIII. Wielkopańskie zabawy 363 XIV. Dziewicze marzenia 405 Tekst jest własnością publiczną ( public domain ). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki. Jak wygląda firma J. Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek? I. Jak wygląda firma J. Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek? W początkach r. 1878, kiedy świat polityczny zajmował się pokojem san-stefańskim, wyborem nowego papieża, albo szansami europejskiej wojny, warszawscy kupcy, tudzież inteligencya pewnej okolicy Krakowskiego Przedmieścia, niemniej gorąco interesowała się przyszłością galanteryjnego sklepu pod firmą J. Mincel i S. Wokulski. W renomowanej jadłodajni, gdzie na wieczorną przekąskę zbierali się właściciele składów bielizny i składów win, fabrykanci powozów i kapeluszy, poważni ojcowie rodzin utrzymujący się z własnych funduszów i posiadacze kamienic bez zajęcia, równie dużo mówiono o uzbrojeniach Anglii, jak o firmie J. Mincel i S. Wokulski. Zatopieni w kłębach dymu cygar i pochyleni nad butelkami z ciemnego szkła, obywatele tej dzielnicy, jedni zakładali się o wygranę lub przegranę Anglii, drudzy o bankructwo Wokulskiego; jedni nazywali geniuszem Bismarka, drudzy — awanturnikiem Wokulskiego; jedni krytykowali postępowanie prezydenta Mac-Mahona, inni twierdzili, że Wokulski jest zdecydowanym waryatem, jeżeli nie czemś gorszem... Pan Deklewski, fabrykant powozów, który majątek i stanowisko zawdzięczał wytrwałej pracy w jednym fachu, tudzież radca Węgrowicz, który od 20-tu lat był członkiem opiekunem jednego i tego samego Towarzystwa dobroczynności, znali S. Wokulskiego najdawniej i najgłośniej przepowiadali mu ruinę. — Na ruinie bowiem i niewypłacalności — mówił pan Deklewski — musi skończyć człowiek, który nie pilnuje się jednego fachu, i nie umie uszanować darów łaskawej fortuny. Zaś radca Węgrowicz, po każdej również głębokiej sentencyi swego przyjaciela, dodawał: — Waryat! waryat!... Awanturnik!... Józiu, przynieśno jeszcze piwa. A która to butelka? — Szósta, panie radco. Służę piorunem!... — odpowiadał Józio. — Już szósta?... Jak ten czas leci!... Waryat! waryat! — mruczał radca Węgrowicz. Dla osób, posilających się w tej co radca jadłodajni, dla jej właściciela, subjektów i chłopców, przyczyny klęsk mających paść na S. Wokulskiego i jego sklep galanteryjny były tak jasne, jak gazowe płomyki oświetlające zakład. Przyczyny te tkwiły w niespokojnym charakterze, w awanturniczem życiu, zresztą w najświeższym postępku człowieka, który mając w rękach pewny kawałek chleba i możność uczęszczania do tej oto tak przyzwoitej restauracyi, dobrowolnie wyrzekł się restauracyi, sklep zostawił na Opatrzności boskiej, a sam, z całą gotówką odziedziczoną po żonie, pojechał na turecką wojnę robić majątek. — A może go i zrobi... Dostawy dla wojska to gruby interes — wtrącił pan Szprot, ajent handlowy, który bywał tu rzadkim gościem. — Nic nie zrobi — odparł pan Deklewski — a tymczasem porządny sklep dyabli wezmą. Na dostawach bogacą się tylko żydzi i niemcy; nasi do tego nie mają głowy. — A może Wokulski ma głowę? — Waryat! waryat!... mruknął radca. — Podaj no Józiu piwa. Która to?... — Siódma buteleczka, panie radco. Służę piorunem. — Już siódma?... Jak ten czas leci, jak ten czas leci... Ajent handlowy, który, z obowiązków stanowiska, potrzebował mieć o kupcach wiadomości wszechstronne i wyczerpujące, przeniósł swoję butelkę i szklankę do stołu radcy i topiąc słodkie spojrzenie w jego załzawionych oczach, spytał zniżonym głosem: — Przepraszam, ale... dlaczego pan radca nazywa Wokulskiego waryatem?... Może mogę służyć cygarkiem... Ja trochę znam Wokulskiego. Zawsze wydawał mi się człowiekiem skrytym i dumnym. W kupcu skrytość jest wielką zaletą, duma wadą. Ale żeby Wokulski zdradzał skłonność do waryacyi, tegom nie spostrzegł. Radca przyjął cygaro bez szczególnych oznak wdzięczności. Jego rumiana twarz, otoczona pękami siwych włosów nad czołem, na brodzie i na policzkach, była w tej chwili podobna do krwawnika oprawionego w srebro. — Nazywam go — odparł, powoli ogryzając i zapalając cygaro — nazywam go waryatem, gdyż go znam lat... Zaczekaj pan... Piętnaście... siedemnaście... ośmnaście... Było to w r. 1860... Jadaliśmy wtedy u Hopfera. Znałeś pan Hopfera?... — Phi... — Otóż Wokulski był wtedy u Hopfera subjektem i miał już ze dwadzieścia parę lat... — W handlu win i delikatesów? — Tak. I jak dziś Józio, tak on wówczas podawał mi piwo, zrazy nelsońskie... — I z tej branży przerzucił się do galanteryi? — wtrącił ajent. — Zaczekaj pan — przerwał radca. — Przerzucił się, ale nie do galanteryi, tylko do szkoły przygotowawczej, a potem do szkoły głównej, rozumie pan?... Zachciało mu się być uczonym!... Ajent począł chwiać głową w sposób oznaczający zdziwienie. — Istna heca — rzekł. — I zkąd mu to przyszło? — No, zkąd! Zwyczajnie — stosunki z akademi