Ludzie bezdomni — Stefan Żeromski
Ludzie bezdomni STEFAN ŻEROMSKI LUDZIE BEZDOMNI POWIEŚ Ć WYDANIE SZKOLNE PRZEJRZANE I POPRAWIONE WEDŁUG PIERWODRUKU WARSZAWA — MCMXXXVII — KRAKÓW WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE Odbito 4.000 egzemplarzy numerowanych Nr 41 DRUKARNIA NAUKOWA T-WA WYDAWNICZEGO W WARSZAWIE, RYNEK STAREGO MIASTA 11 Tekst jest własnością publiczną ( public domain ). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski. TOM PIERWSZY STEFAN ŻEROMSKI LUDZIE BEZDOMNI POWIEŚ Ć TOM PIERWSZY WYDANIE SZKOLNE PRZEJRZANE I POPRAWIONE WEDŁUG PIERWODRUKU WARSZAWA — MCMXXXVII — KRAKÓW WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE Tekst jest własnością publiczną ( public domain ). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski. Wenus z Milo WENUS Z MILO. Tomasz Judym wracał przez Champs Elysées z lasku bulońskiego, dokąd jeździł ze swej dzielnicy koleją obwodową. Szedł wolno, noga za nogą, wyczuwając coraz większy wskutek upału ciężar własnej marynarki i kapelusza. Istny potop blasku słonecznego zalewał przestwór. Nad odległym widokiem gmachów, rzucających się w oczy od Łuku Tryumfalnego, wisiał różowy pyłek, który już począł wżerać się, niby rdza, nawet w śliczne, jasno-zielone liście wiosenne, nawet w kwiatuszki paulovnii . Ze wszystkich, zdawało się, stron płynął zapach akacyi. Na żwirze, dokoła pniów pod budynkami, w rynsztokach leżały jej białe kwiatki z ośrodkiem czerwonawym, jakby skrwawionym od ukłócia śmierci. Pył bezlitosny zasypywał je niepostrzeżenie. Zbliżała się godzina spaceru wielkiego świata i Pola drgać zaczynały od ruchu karet. Na drewnianym bruku dudnił jednostajny łoskot, jakby oddalona mowa wielkiej fabryki. Przebiegały piękne, lśniące rumaki, migotała ich uprząż, pudła, sprychy lekkich pojazdów — i mknęły, mknęły, mknęły bezustanku wiosenne stroje kobiece o barwach czystych, rozmaitych i sprawiających rozkoszne wrażenie, jakby natury dziewiczej. Kiedy niekiedy wynurzała się z powodzi osób jadących twarz subtelna, wydelikacona, tak nie do uwierzenia piękna, że widok jej był pieszczotą dla wzroku i nerwów. Wyrywał z piersi tęskne westchnienie, jak za szczęściem — i ginął, unosząc je w mgnieniu oka ze sobą. Judym znalazł pod osłoną kasztanów brzeg wolnej ławy i z wielką satysfakcyą usiadł tam w sąsiedztwie starej i wąsatej niańki dwojga dzieci. Zdjął kapelusz i, wlepiwszy wzrok w rzekę pojazdów, walącą środkiem ulicy, zwolna wystygał. Na chodnikach przybywało coraz więcej osób ubranych wykwintnie, — lśniących cylindrów, jasnych paltotów i staników. W pewnej chwili stare babsko z chytremi oczami wprowadziło między strojny tłum młode koźlątko z sierścią jak śnieg bielutką. Stado dzieci postępowało za koziołkiem, uwielbiając go gestami, oczyma i tysiącem okrzyków. Kiedyindziej wielki obdartus czerwony na gębie przeleciał jak fiksat, wywrzaskując głosem ochrypłym rezultat ostatniego biegu koni. I znowu spokojnie, równo, uroczo płynęła rzeka ludzka na chodnikach, a środkiem rwał jej nurt bystry, uwieńczony pianą tkanin przecudnych, lekkich, w oddali niebieskawo-zielonych... Każdy rozpuszczony liść rzucał na biały żwir z okrągłych kamyków wyraźne odbicie swego kształtu. Cienie te posuwały się zwolna, jak mała wskazówka po białej tarczy zegara. Na ławkach było już pełno, a tymczasem cień opuścił miejsce, zajęte przez Judyma, i ustąpił je roztapiającej kaskadzie słońca. Naokół innego asilum nie było, więc doktor, rad nie rad, wstał i powlókł się dalej ku Placowi Zgody. Z niecierpliwością wyczekiwał, kiedy można będzie przemknąć się wśród istnego odmętu karet, powozów, doróżek, bicyklów i pieszych na zakręcie głównej fali, pędzącej od bulwarów w stronę Pól Elizejskich. Wreszcie stanął pod obeliskiem i poszedł w głąb ogrodu de Tulieries Tuileries . Tam było prawie pusto. Tylko nad nudnemi sadzawkami bawiły się blade dzieci i w głównym szpalerze kilku mężczyzn rozebranych do koszuli, grało w tennisa . Minąwszy ogród, Judym zwrócił się ku rzece z zamiarem wędrowania w cieniu murów na placyk przed kościołem Saint-Germain l’Auxerrois i ogarnięcia bez troski miejsca na imperialu . W owej chwili stało w jego myśli puste kawalerskie mieszkanie aż na Boulevard Voltaire , gdzie od roku nocował, i mierziło go pustką tych ścian, banalnością sprzętów i nieprzezwyciężoną, cudzoziemską nudą, wiejącą z każdego kąta. Pracować mu się nie chciało, iść do kliniki — za nic na świecie. Znalazł się na Quai du Louvre i z uczuciem błogości w karku i plecach zatrzymał pod cieniem pierwszego kasztana bulwaru. Ospałym wzrokiem mierzył brudną, prawie czarną wodę Sekwany. Gdy tak sterczał na podobieństwo latarni, zapaliła się w nim myśl, jakby z zewnątrz wniesiona do wnętrza głowy: dlaczegóż, u licha, nie miałbym pójść do tego Luwru?... Skręcił na miejscu i wszedł na wielki dziedziniec. W cieniach przytulonych do grubego muru, w które zanurzył się niby w głębie wody, dotarł do głównego wejścia i znalazł się w chłodnych salach pierwszego piętra. Dokoła stały odwieczne posągi bogów, jedne wielkości niezwykłej, inne naturalnej, a wszystkie prawie z nosami i rękoma uszkodzonemi w sposób bezbożny. Judym nie zwracał uwagi na tych zdegradowanych władców świata. Czasami zatrzymywał się przed którym, ale przeważnie wówczas, gdy go uderzył jakiś zabawny despekt boskich kształtów. Nadewszystko interesowała go sprawa odpoczynku w doskonałym chłodzie i zdala od wrzawy ulicy paryskiej. Szukał też nietyle arcydzieł, ile ławki, na którejby mógł usiąść. Zdybał ją po długiej wędrówce z sali do sali w narożnem zetknięciu się dwu długich galeryi, przeznaczonem na schronienie dla Wenus z wyspy Melos. W zakątku, tworzącym jakby niewielką izbę, oświetloną jednem oknem, stoi na niewysokim piedestale tors białej Afrodyty. Sznur, owinięty czerwonym pluszem, nikomu do niej przystępu nie daje. Judym widział już był ten cenny posąg, ale nie zwracał nań uwagi, jak na wszelkie wogóle dzieła sztuki. Teraz, zdobywszy w cieniu pod ścianą wygodną ławeczkę, jął dla zabicia czasu patrzeć w oblicze marmurowej piękności. Głowa