Krzyżacy — Henryk Sienkiewicz
Krzyżacy. Powieść historyczna čeština čeština čeština English English Krzyżacy (Sienkiewicz, 1900)/Część pierwsza/I Krzyżacy. Powieść historyczna Henryka Sienkiewicza. GDAŃSK. Drukiem i nakładem B. Milskiego. 1900. Część pierwsza I • II • III • IV Część druga I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX • X • XI Część trzecia I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII Część czwarta I • II • III • IV • V • VI • VII Część piąta I • II • III • IV • V • VI • VII Część szósta I • II • III • IV • V • VI • VII Część siódma I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX Część ósma I • II • III • IV • V Część dziewiąta I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX • X • XI • XII Część dziesiąta I • II • III • IV • V Część jedenasta I • II • III • IV • V Tekst jest własnością publiczną ( public domain ). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz. Część pierwsza Krzyżacy. Powieść historyczna Henryka Sienkiewicza. GDAŃSK. Drukiem i nakładem B. Milskiego. 1900. Tekst jest własnością publiczną ( public domain ). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz. I čeština čeština čeština English English Krzyżacy (Sienkiewicz, 1900) I. W Tyńcu, w gospodzie pod „Lutym Turem“, należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi, słuchając opowiadania wojaka bywalca, który z dalekich stron przybywszy, prawił im o przygodach, jakich na wojnie i w podróży doznał. Człek był brodaty, w sile wieku, pleczysty, prawie ogromny, ale wychudły. Włosy nosił ujęte w pętlik czyli siatkę, naszywaną paciorkami; na sobie miał skórzany kubrak z pręgami wyciśniętemi przez pancerz, na nim pas, cały z miedzianych klamr; za pasem nóż w rogowej pochwie, przy boku zaś krótki kord podróżny. Tuż przy nim, za stołem, siedział młodzieńczyk o długich włosach i wesołem spojrzeniu, widocznie jego towarzysz lub może giermek, bo przybrany także po podróżnemu, w taki sam powyciskany od zbroicy skórzany kubrak. Resztę towarzystwa stanowiło dwóch ziemian z okolic Krakowa i trzech mieszczan w czerwonych składanych czapkach, których cienkie końce zwieszały się im z boku aż na łokcie. Gospodarz, Niemiec, w płowym kapturze, z kołnierzem wycinanym w zęby, lał im z konwi sytne piwo do glinianych stągiewek i nasłuchiwał ciekawie przygód wojennych. Jeszcze ciekawiej jednak słuchali mieszczanie. W owych czasach, nienawiść, jaka za czasów króla Władysława Łokietka dzieliła miasto od rycerskiego ziemiaństwa czyli szlachty, znacznie już była przygasła i mieszczanie nosili głowy górniej niż w wiekach późniejszych. Dla tego też nieraz zdarzało się widzieć w gospodach kupców pijących za pan brat ze szlachtą. Widziano ich nawet chętnie, bo u nich o gotowy grosz było łatwiej i płacili zwykle za herbowych. Tak więc mieszczanie siedzieli i rozmawiali, mrugając od czasu do czasu na gospodarza, aby napełniał stągiewki. — Toście, szlachetny rycerzu, zwiedzili kawał świata — rzekł jeden z kupców. — Niewielu z tych, którzy teraz ze wszystkich stron ściągają do Krakowa, widziało tyle — odrzekł przybyły rycerz. — A niemało ich ściągnie — mówił mieszczanin — bo to wielkie gody i wielka szczęśliwość dla królestwa! Prawią też, że król kazał całą łożnicę królowej złotogłowiem perłami szytem wysłać i takiż baldachim nad nią uczynić. Zabawy będą i gonitwy w szrankach, jakich świat dotąd nie widział. — Kumotrze Gamroth nie przerywajcie rycerzowi — odrzekł drugi kupiec. — Nie przerywam ja, kmotrze Eyertreter, tylko tak myślę, że i on rad będzie wiedział, co prawią, bo pewnie sam do Krakowa jedzie. Do miasta i tak dziś nie wrócim, a w nocy gad, który się w wiorach rodzi, spać nie daje, więc mamy czas na wszystko. — A wy na jedno słowo odpowiadacie dwadzieścia. Starzejecie się, kmotrze Gamroth? — Ale sztukę wilgotnego sukna pod jedną pachą jeszcze dźwignę. — O wa! takiego, co przez nie świeci, jak przez sito. Lecz dalszą sprzeczkę przerwał podróżny wojak, który rzekł: — Pewnie, że w Krakowie ostanę, bom słyszał o gonitwach i rad w szrankach siły mojej popróbuję. A i ten bratanek także, który choć młody i gołowąs, niejeden już pancerz widział na ziemi. Goście spojrzeli na młodzieńca, który uśmiechnął się wesoło i założywszy rękoma długie włosy za uszy, podniósł do ust naczynie z piwem. Stary rycerz zaś rzekł: — Wreszcie choćbyśmy chcieli wracać, to nie mamy dokąd. — Jakże to? — zapytał jeden ze szlachty. — Zkąd jesteście i jako was zowią? — Ja zowię się Maćko z Bogdańca, a ten tu wyrostek, syn mego rodzonego, woła się Zbyszko. Herbu jesteśmy Tępa Podkowa, a zawołania Grady. — Gdzieże jest wasz Bogdaniec? — Ba, lepiej pytajcie, panie bracie, gdzie był, bo go już nie ma. Hej! jeszcze za czasów wojny Grzymalitczyków z Nałęczami spalili nam docna nasz Bogdaniec, a co było, pobrali — służebni zasie uciekli. Została goła ziemia, bo i kmiecie, co byli w sąsiedztwie, poszli dalej w puszczę. Odbudowaliśmy z bratem, ojcem tego oto wyrostka, ale następnego roku woda nam pobrała. Potem brat umarł, a jak umarł, ostałem sam z sierotą. Myślałem tedy: nie usiedzę! A prawili pod-onczas o wojnie, o tem, że Jaśko z Oleśnicy, którego król Władysław po Mikołaju z Moskorzowa do Wilna wysłał, szuka skrzętnie w Polsce rycerzy. — Znając ja więc godnego opata Janka z Tulczy, zostawiłem mu ziemię, a za pieniądze kupiłem zbroiczkę, konie, opatrzyłem się jako zwykle na wojenną wyprawę, chłopca, co mu było dwanaście lat, wsadziłem na podjezdka i haj! do Jaśka z Oleśnicy. — Z wyrostkiem? — Nie był ci on wówczas nawet wyrostkiem, ale krzepkie to było od małego. Bywało, w dwunastym roku oprze kuszę (kusza to przyrząd starodawny do rzucania kamieni) o ziemię, przyciśnie brzuchem i tak korbą zakręci, że i żaden z Angielczyków, którycheśmy pod Wilnem widzieli, lepiej nie naciągnie. — Takiż był mocny? — Hełm za mną nosił, a jak mu przeszło 13 zim, to i pawęż. — Już to wojny wam nie brakło. — Książę Witołd siedział u Krzyżaków i co rok wyprawy na Litwę, pod Wilno czynili. Szedł z nimi różny naród: Niemcy, Francuzy, Angielczykowie do łuków najprzedniejsi, Czechy, Szwajcary i Burgundy. Lasy przesiekli, zamki